wtorek, 25 lipca 2017

VI Szaga - Chodzież (15 VII 2017)


   W lipcu każdego roku odbywa się Szaga w centralnej części woj. wielkopolskiego organizowana przez KS Hades (znani również z organizacji Grand Prix Hadesu - bardzo cenionych przeze mnie zawodów ze względu na poziom sportowy:)). 
    Pod kątem mojego udziału w tym rajdzie - to już był mój czwarty udział (częściej byłem jedynie na Grassorze). Jedynie w zeszłym roku nie zdołałem wziąć udziału w tym rajdzie, zaś w tym roku - po raz pierwszy zabrałem ze sobą Monisię. To już był trzeci udział w rajdzie i do tej pory nie spadła poniżej 4 miejsca :) Niemniej jednak trasa zbudowana przez Remika N. była dość wymagająca kondycyjnie i dało mocno we znaki mojej partnerce (choć głównie ze względu na zbyt długi dystans). 
     Baza rajdu znajdowała się w Chodzieży, co spowodowało, że kilka kilometrów przemaszerowaliśmy przez miasto (zarówno do PK1, jak i z PK11). Trasa w kat. TP25 w głównej mierze była ulokowana na terenie leśnym, choć momentami nie brakowało terenów otwartych (zwłaszcza z PK5 do PK6) oraz krótki odcinek z PK10 do PK11 w niesamowitej saunie (asfalt bardzo szybko się nagrzewa). Trasa była tak zbudowana, że aż czterokrotnie musieliśmy przejść przez drogę krajową.
    Punktów na trasie było jedenaście, zaś sześć z nich miało dodatkowe zbliżenia w celu ułatwienia odnalezienia punktu kontrolnego. Nie ukrywam, że zbliżenia te bardzo ułatwiły nawigację, choć nie były aktualne (zwłaszcza w okolicy punktu 3). Najgorsze dla mojej partnerki były górki (szczególnie PK8, gdzie trzeba było na odcinku ok. 3 km pokonać wysokość względną na poziomie ok. 150 metrów). Wzniesienia były też w okolicy PK3 i na dobitkę w okolicy PK11 - jak Monisia zobaczyła opis tego punktu, to skomentowała jednoznacznie: Remik to lubi ustawiać punkty na górze... :)
     Start TP25 i TP50 odbył się o godz. 9 - biegacze z przodu, zaś piechurzy z tyłu. I na spokojnie docieramy do PK1, choć nieco za wcześnie odbiłem z drogi asfaltowej (może minutkę na tym straciliśmy). W końcu marsz, to nie bieg - zaś wszelkie błędy kosztują znacznie więcej czasu niż w przypadku biegu. Byliśmy tak w połowie stawki...
   W trakcie marszu do PK2 mieliśmy okazję poznać co to znaczy iść przez zarośla przy brzegu łąki podmokłej. Bardzo przyjemnie przechadzało się przez tę łąkę, zaś do PK2 szliśmy na azymut, choć nie mogłem rozgryźć zbliżenia do tego punktu. Tam gdzie był punkt - las nie był bardzo dobrze przebieżny. Niemniej jednak praktycznie od tego punktu nie rozstawaliśmy się znacząco (tzn. na dłużej niż kilka minut) z rodziną Filipiaków oraz M. Pawłowskim. Staraliśmy się nie rywalizować z nimi, choć zawsze przyjemniej się robi, gdy na trasie są inni zawodnicy...
Mapa z TP25
   
    Pierwsze problemy mieliśmy ze zdobyciem PK3 - układ ścieżek nie zgadzał się, choć na ratunek przyszedł kompas, bowiem wystarczyło przejść przez kilkaset metrów na zachód. W pewnym momencie widzimy innych zawodników, którzy zbyt wcześnie szukali punktu. Niestety częściowo dałem się wyprowadzić, bowiem straciłem orientację w pobliżu PK3. Monisia staneła na górce - punkt był w następnej górce na południe. Niestety poszedłem na północ, bo myślałem, że rodzina Filipiaków znalazła ten punkt. I lipa - nie mieli punktu. Jesteśmy w lesie - gdzieś pomiędzy górkami :) W pewnym momencie znalazłem w końcu punkt - ale nie miałem przy sobie kart startowych :) Musiałem wrócić po Monisię i razem podbijamy nieszczęsny punkt (ok. 15 minut w plecy).
    Kolejne punkty były już znacznie łatwiejsze, choć w okolicy PK5 znów nie zgadzały się ścieżki... Ot taki już urok starych map :) Do punktu 6 udajemy się w uśmiechach, co widać na poniższym zdjęciu. Punkt ten zdobywamy po 2h i 20 min mając za sobą ponad 11 km marszu. 
Z uśmiechami na twarzy tuż przy punkcie 6
    Przy PK6 robimy 5 minutową przerwę, zaś do PK6 dajemy się wyprzedzić rodzinie Filipiakom, choć ku naszemu zaskoczeniu również W.Wąsikiewiczowi czy M.Pawłowskiemu (coś tam za nawigacją musiało im nie pójść) i jeszcze chyba parze z Pazura Gryfa. 
Karty startowe już uszykowane :)

A po krótkiej przerwie ... marsz do punktu 7
    Punkt 7 dość prosty, zaś do PK8 początkowo nie prowadziła żadna droga. Pozostało nam przejść na azymut przez las do drogi krajowej. Profilaktycznie uprzedzam partnerkę, że PK8 będzie sporym wyzwaniem kondycyjnym... Dała radę, choć potrzebowała kilkuminutowej przerwy w tym punkcie na regenerację :) Dajemy się wyprzedzić konkurentom, choć czułem, że PK9 i PK10 nie będą łatwe. Tak też się stało - przy PK9 widzimy M.Pawłowskiego, co utwierdziło nam, że jest ok. Że to nie ta górka, bowiem ze zbliżenia wynikało, że musi być za terenem półotwartym. Wszędzie był las - nawet żółta ścieżka nie zgadzała się z mapą. 
    Jeszcze ciężej było z przebiegiem do PK10 - nie czułem się pewnie, a do tego jeszcze musiałem myśleć o Monice (przecież musi wytrzymać do mety, choć była już bardzo zmęczona). Nie było ścieżki leśnej, choć na szczęście była jedna ścieżka ukierunkowana na wschód - w pewnym momencie słychać nadjeżdzający pociąg - jest dobrze :) Teraz tylko ulokować pozycję, by jak najmniejszym nakładem dotrzeć do PK10 - trafiliśmy jak ulał, co spowodowało uśmiech na twarzy mojej partnerki :). Jeszcze tylko PK11 i meta...
Mapa z naniesionym trackiem
    Prosty nawigacyjnie, choć nie bez wzniesienia w pobliżu PK11 - oczywiście punkt był na mniejszym wyciągu, ale za to na górze (nie musieliśmy dodatkowo się wspinać). Do mety docieramy piekną scieżką pieszo-rowerową wzdłuż jeziora (choć od strony wschodniej ciężko było na nią trafić). Do mety szliśmy dróżkami osiedlowymi pilnując kościoła (bowiem niedaleko widocznych wież kościoła znajdowała się meta). I w ten sposób po 6h 25 min wraz z M.Komorowskim (zajął 3 miejsce na trasie TP50) docieramy do mety. Troszkę pogaduszek ze znajomymi (w końcu w tym rajdzie udział bierze sporo osób z Poznania i okolic) i do domku na odpoczynek. Było to najdłuższy dystans pokonany przez moją partnerkę i dała radę :) Gorąco polecam piesze rajdy z partnerką jako odmianę do biegów w kat. TP50.

Podsumowanie:
TP25, 11 PK
Czas: 6:25
Miejsce: 19/40 (Monika 4/13)
Pokonaliśmy 28,9 km

Wyniki z TP25
1. B. Małecki 3:20
1. K. Molski 3:20
3. P. Szarlik 3:58
4. P. Niedzielski 3:59
5. A. Bultrowicz 4:10
5. M. Bultrowicz 4:10
...
19. Monia Wojciech 6:25
19. Seba Wojciech 6:25
...
40. A. Szawdzin DSQ

sobota, 8 lipca 2017

XV Grassor - Reptowo (24 VI 2017)


   Kolejna edycja Grassora odbyła się w Reptowie, zaś teren zmagań na trasie TP50 obejmował nie tylko Puszczę Bukową, lecz także Puszczę Goleniowską. Punktów na trasie było aż 22, lecz na mapie były zaznaczone cztery punkty kontrolne i obowiązywała zasada Grassora (jedyne takie zawody zaliczane do PMnO). Chodzi o to, że na każdym odnalezionym punkcie dostajemy wskazówki, gdzie znajdują się najbliższe punkty. Niemniej jednak na starcie wiemy, że ilość wszystkich punktów jest znana (na podstawie opisu punktów kontrolnych).
     Z mojej strony, to był już piąty z kolei udział w tym rajdzie. Stanowi niejako dla mnie zakończenie poprzedniego i rozpoczęcie kolejnego maratonu na orientację. Stanowi również wyznacznik mojej formy. 
     Na starcie dowiaduję się o zaznaczonych czterech punktach. Zakładam, że wariant Grassora nie może być oczywisty. Bo po to w ogóle wprowadzono zasadę Grassora. Niestety optymalny wariant był aż zanadto oczywisty. Wystarczyło rozpocząć bieg do PK1 lub PK2 i wykonać jedną pętlę do mety - zdobywając po drodze pozostałe 21 PK. Oczywiste nieprawdaż? Wybrałem dość oryginalny wariant mając nadzieję, że w PK4 odsłonią się dwa punkty na północ oraz na północny-zachód. 

Start - PK3 3,5 km 00:21
     Na początek prosty PK3, który zdobyłem w samotności. Większość zawodników wybrało PK2 bądź PK1. Odsłoniły się dwa punkty położone na zachód od tego punktu. Nie tego oczekiwałem, choć nadzieja na punkty ulokowane na północ od mapy jeszcze była.
Prosty PK3 na początek
PK3-PK4-PK2 9,6 km 1:02
    Po zdobyciu PK4 byłem zaniepokojony całą sytuacją - choć była jeszcze nadzieja na to, że na PK2 odsłonią się punkty na północ. Gdy zobaczyłem nadbiegających z przeciwnej strony Romanowskiego, Staszka K. czy Pawła W. - czułem, że to już koniec walki o wysokie miejsce w tym rajdzie. Spoglądając na lampion PK2 wiedziałem, że już po zawodach. Nic się nie odsłoniło i pozostał mi jedynie bieg do PK1 przez start. Dołożenie ok. 4 km z powodu błędnie obranego wariantu nie należy do przyjemnego uczucia... Nie tak to miało wyglądać - z powodu zbyt oczywistego wariantu przebiegu jak na Grassora zaprzepaścić szansę na podium...
Mała pętelka wokół startu
PK1-PK6-PK22-PK5 19,6 km 2:06
     Punkty kontrolne nie były trudne i nie wymagały wyrafinowanych umiejętności nawigacyjnych. Wchodzą mi jak po maśle. Poza niektórymi wyjątkami - opis punktu Pn-Zach., to punkt był położony na Pn-Wsch. (tam traciłem po ok. 2 min). A może ja nie znam kierunków świata opierając się o kompas? Wszystko mi było już jedno - ale w końcu nie po się jechało taki kawał do okolic Szczecina, by poddać się po kilkunastu kilometrach. Tym bardziej, że było o co walczyć, jeśli chodzi o punkty do rankingu PMnO. W końcu była to impreza za 50 punktów (Czy zasadna? Kapituła PMnO stwierdziła, że tak - w przeciwieństwie do mnie). W tym roku zdecydowanie tak mimo bardzo oczywistego wariantu przebiegu. Inna sprawa - okolice Szczecina nie za bardzo umożliwiało efektywne stosowanie zasad Grassora.
Początkowe punkty w Puszczy Bukowa
PK12-PK15-PK13 25,5 km 3:09
    Kondycyjnie nie jest źle - 25 km w 3h - jak na Grassora, to całkiem niezły wynik. Czuję w nogach, że z pewnością nie zamknę w 50 km. Nadzieję daje mi teren Puszczy Bukowej (a szkoda, że org nie wykorzystał żadnej mapy do BnO). Sporo mi dał udział w Trudach 2016, bowiem niektóre tereny zapamiętałem i w wielu miejscach nieźle ścinałem na azymut. Czy jednak wystarczy na podium?

PK13-PK9-PK19 30,5 km 4:08
    Zaczynają się konkretne wzniesienia i w dobiegu do PK9 za bardzo mnie wywiozło na pd-zachód. Na szczęście zdołałem w porę zorientować swój błąd nawigacyjny w tak trudnym pagórkowatym terenie. Olałem po prostu ścieżki, które nie wiadomo w jakim kierunku dążyły. Przy PK9 widzę M.Jędroszkowiaka oraz Szaciłowskiego i praktycznie nie rozstaję się z nimi do PK21... 

PK19-PK17-PK21-PK16 33,5 km 4:33
     Wspomniani zawodnicy są dużo szybsi ode mnie, lecz nawigacyjnie sporo nadrabiałem. Zaczynam lubić Puszczę Bukową :). Dopiero w PK21 osłonił się upragniony PK16 będący jednocześnie punktem odżywczym. Kawałki arbuza, izotoniki czy woda - cóż chcieć więcej...Wytrzymałem 2,5 minuty - nie chciałem tracić zbyt wiele czasu - tym bardziej, że około 2 km wcześniej zauważyłem P. Wolniewicza (zajął 2 miejsce), zaś ok. 8 km wcześniej Romanowskiego (zwycięzcę TP50). Zaczęła się kalkulacja - czy wystarczy na zajęcie 2 miejsca. Organizm zaczyna jednak odczuwać trudy dzisiejszego biegu - w końcu cztery miesiące przerwy w bieganiu na 50 km robi swoje...

PK18-PK20-PK8-PK11 41,6 km 5:48
    Nikogo nie widzę z tyłu czy z przodu - to oczywiste. Wybór nieoczywistego wariantu robi swoje.... Martwił mnie jedynie długi przelot z PK14 (ostatniego) do mety. Powoli już siadam kondycyjnie, choć staram się biegać - nawigacyjnie na terenie Puszczy Goleniowskiej już nie da rady cokolwiek ugrać. Pozostało mi jedynie utrzymać tempo nie robiąc żadnych przerw. 42 km na nogach, zaś do mety jeszcze daleko. Za około 1 km Romanowski będzie już na mecie.

PK11-PK7-PK10-PK14 50 km 7:05
    Asfaltówka z PK11 do PK7 oraz proste PK10 i PK14 i do tego 3 min przerwa w trakcie dobiegu do PK10 i aż 6 min przerwa przy PK10 (sic!) spowodowało, że definitywnie straciłem 3 pozycję mimo błędnie obranego wariantu. Po co mi była ta przerwa na regenerację... Cały czas sobie obiecywałem, że nie robię żadnych przerw - odpocznę na mecie i otrzymałem zasłużoną karę za złamanie mojej zasady :)

PK14 - Meta 54,6 km 7:41 
   Ostatnie 4,5 km przebiegłem w 36 minut - czyli w 8 min/km (a więc bieg przeplatany kilkumetrowym marszem). Na poniższej mapie - sytuacja wyglądała następująco - i tylko jeden miał szansę na 4 miejsce (SW - Szymon Wojtczak, SR - Seba Rożko (wraz z A.Urbańskim i A. Bartosiewicz) i ja. Pytanie za 100 punktów - który z nich ostatni przybiegł na mecie :)
    Na poniższej mapie - P.Wolniewicz prawie na mecie. Staszek zapewne ok. 1 km za Pawłem W. Mi pozostał jeszcze 3 km bieg do mety po asfalcie (bolały nóżki, oj bardzo bolały). Cierpię, gdy biegnę po asfalcie. Tylko asfalt - zero szutru czy leśnej ścieżki. Nienawidzę biegania po asfalcie - na Wildze Orient staram się tak konstruować trasę, by nie biegać za dużo po asfaltach. Bieg po drodze asfaltowej mając na nogach 50 km napierania na orientację - męczarnia dla nóg i stawów :)
    Niestety zająłem odległe ósme miejsce mimo, iż zdołałem nieco nadrobić stratę z początku trasy w Puszczy Bukowej. Zabrakło zaledwie 6 minut do wyniku lepszego niż w zeszłym roku (zająłem wtedy 4 miejsce). Gdybym nie durny wariant, to spokojnie zająłbym 2 miejsce. Jak pisałem wcześniej - Grassor stanowi wyznacznik mojej formy i nie sposób nie porównać mojego biegu z zeszłorocznym. Średnio 8:27 min/km przy 8:49 min/km - mówi samo za siebie. Trzeba pamiętać, że punktów było aż 22 (i trzeba było nie tylko podbić, lecz również wpisać godzinę i minutę na karcie oraz przerysować kolejne punkty kontrolne - te czynności zajmowały przeciętnie ok. 45 sekund).
Pamiątkowe zdjęcie na pocieszenie :)

Trochę statystyk z mojego udziału w rajdzie
    Zawody w kat. TP50 wygrał Ł.Romanowski z czasem poniżej 6h, by zająć drugie miejsce trzeba było pokonać trasę w 7h 20 min, zaś 8 miejsce - 21 minut dłużej. Mimo błędnie obranego wariantu była szansa na 3 miejsce - wystarczyło nie siedzieć 6 min przy PK14 (ależ czas szybko płynie...) i nie kombinować z wariantem - wystarczyło biegać wraz z grupką innych zawodników. Ale czy o to chodzi w rajdach na orientację (w szczególności w Grassorze)????

Podsumowując:
TP50, 22 PK
Czas: 7h 41 min
Miejsce: 8/41
Przebiegnięte: 54,5 km

Wyniki:
1. Łukasz Romanowski 5:56
2. Paweł Wolniewicz 7:20
3. Stanisław Kaczmarek 7:35
4. Sebastian Rożko 7:39
4. Andrzej Urbański 7:39
4. Adam Bartosiewicz 7:39
..
8. Seba Wojciech 7:41
...
41. Brygida Wańtuch Z

wtorek, 13 czerwca 2017

IV Mistrzostwa Poznania w BnO (10-11 VI 2017)


   Kolejne - tym razem już czwarte mistrzostwa Poznania w BnO - miało miejsce w parku Tysiąclecia (sprint) oraz Cytadela (middle). Po raz kolejny nie zdołałem wziąć udziału w dwóch etapach w jednej kategorii sportowej. Nie ulega wątpliwości, że w tym roku stawka w kat. M-21 była znacznie słabsza niż w minionych latach. Trochę szkoda, bo widać było, że trasy był zbudowane przez osobę bardzo doświadczoną i rzeczywiście sporo miejsc na Cytadeli jeszcze nie zwiedziłem :)
   Ci co się nie zapisali na drugi etap tych zawodów - niech żałują. Można pomyśleć - ech co tam Cytadela - płaska jak bieżnia... Okazuje się, że wystarczy zbudować tak trasę, by po biegu mieć dosyć :) Świadczą o tym dość słabe jak na Cytadelę czasy najlepszych z drugiego etapu, co tylko pokazuje, że trasa była dość ciężka kondycyjnie. Do tego jeszcze dodać ponad 30 stopniowy upał....
   Trasa w kat. M21 w przeważającej mierze przebiegała we wschodniej części Cytadeli (a więc znacznie bardziej wymagającym terenie).Przebiegłem w sumie 5,67 km w czasie 46:46, co dało 8:15 min/km. Dość słabo, choć zaznaczam, że na trasie było sporo konkretnych przewyższeń.

    Już na dzień dobry popełniłem błąd nawigacyjny - trafiając od razu na PK3 - tam straciłem minutę. Bezmyślny błąd na początek - najgorsza sytuacja dla biegacza :) Teren był dość gęsto zarośnięty, zaś nadmiar chodziarzy na orientację komplikował sytuację i nie zdołałem porządnie się skoncentrować na swoim :)
    Kolejny błąd przytrafił mi się przy PK6 - oj źle znoszę upały i zamiast dojść do PK6 - za bardzo zbliżyłem się do PK25. Na szczęście wokół PK6 było sporo obniżeń, ale ok. 30 sekund poszło w plecy. Z kolejnymi punktami było już całkiem ok - rączki musiały pracować, dwa wzniesienia (przy PK7 i PK9) i gęstwinka przy PK8 spowolniło nieco moje tempo. 
   Kolejny błąd przytrafił mi się przy PK10 - zmiast być konsekwentnym w pewnym momencie odbiłem w lewo i wpadłem w jeżyny. Okolice kolan znów poharatane, a wciąż tam się pałętałem - tracąc ok. 1 min na poszukiwania pozornie trudnego punktu. 
    Kolejna pętelka dotyczyła punktów 11-14 z konkretną wspinaczką przy PK13. Zdołałem wyjść z tych punktów bez większego błędu nawigacyjnego, lecz teren leśny był dość przebieżny, więc niełatwo było popełnić jakiś błąd. 
   Przy PK15 znów miałem lekką zawieszką, bowiem źle zinterpretowałem opis punktu - był w środku kikuta drzewa (15 sekund straty), a najlepsze było zagapienie punktu w muldzie (PK16). Nie wiem jakim cudem nie zauważyłem tego punktu (1,5 min w plecy). Nie był kompletnie widoczny od strony PK15.... 
   PK17-PK21 były już dużo łatwiejsze, co pozwoliło odpocząć umysłowi w tak upalny dzień i przygotować mentalnie na wspinaczkę przy PK22. Z lewej strony namierzanie PK22 i PK23 było znacznie łatwiejsze. Końcowa część trasy była już bardziej płaska i i rozsądna nawigacyjnie, za wyjątkiem wspinaczki przy PK28 i do PK32. 

   Podsumowując - najlepszy bieg z mojej strony - zawsze źle znosiłem upały, zaś gęsta roślinność oraz liczne przewyższenia zrobiły swoje. Z powodu błędów nawigacyjnych niepotrzebnie straciłem ok. 5 min. Tak więc jest co poprawiać i jest nad czym pracować :)
   W najbliższych tygodniach wezmę udział w mam nadzieję trzech rajdach na orientację. Już na pierwszy ogień pójdzie Grassor w okolicach Puszczy Bukowej, zaś potem Kamikadze - Ostatnia Misja, zaś na deser Szaga :) Mogę mieć nadzieję, że nie będzie upałów... Choć z tymi upałami, to nie taki diabeł straszny, jak go malują - wystarczy, że znaczna część tras odbędzie się w lesie (a najlepiej jeszcze wokół jezior/kąpielisk :)). 

Podsumowanie:
Etap 2 (middle), 4,4 km, 32 PK
Czas: 46:46
Miejsce: 1/8

Wyniki:
1. Paweł Niedzielski 46:46
1. Seba Wojciech 46:46
3. Łukasz Majewski 60:38
4. Piotr Gabryszak 96:22
5. Maciej Piskunowicz 103:17
6. Krzysztof Andrzejewski 109:27
...
8. Jakub Król NKL

Zwycięzcy w poszczególnych kategoriach w dwóch etapach:
K12 Estera Karkut (Azymut Mochy)
M12 Tymoteusz Bultrowicz (KS Hades)

K14 Julia Gonda (Azymut Mochy)
M14 Mikołaj Paterek (Azymut Mochy)

K21 Katarzyna Jędrowska (Husaria Race Team)
M21 Łukasz Majewski (X2M)

K35 Honorata Paterek (Azymut Mochy)
M35 Piotr Pancerz

K45+ Magdalena Gorczyca (KS Hades)
M45+ Jacek Gorczyca (KS Hades)

środa, 7 czerwca 2017

#08 Chyże BnO - Buczki Pakosław (3 VI 2017)


 Kolejne zawody z cyklu "Chyże BnO" odbyły się w okolicznym lesie ulokowany na południu Pakosława (k. Nowego Tomyśla). Zawody miały dość kameralny charakter i najciekawsze było to, że nikt z Nowego Tomyśla nie wziął udziału w tych zawodach :) Wybrali jakieś lokalne zawody biegowe, a szkoda - bo ten etap był porównywalny do etapu w Paproci - czyli do kategorii trudnych. 
    Lista startowa składała się z dziewięciu zawodników, choć na zwycięstwo w tym etapie realne szanse miało pięciu zawodników. Wyposażeni w kompasy oraz track GPS-a dzięki któremu zachodziła możliwość sprawdzenia wariantów przebiegów do poszczególnych punktów (patrz: Przebiegi w 3DRerun).
   Zawody miały się odbyć w przebieżnym lesie patrz poniższe zdjęcie:
Tak miał wyglądać teren zawodów 
    A okazało się, że las był bardzo zarośnięty, co utrudniało sprawną nawigację. Spore trudności w aktualizacji mapy miał również organizator biegu, co zaważyło na tym, iż zdobycie niektórych punktów kontrolnych (w szczególności z biegu pościgowego) w dużej mierze zależało od szczęścia.
A wyglądał tak.... :)
     Zawody te składały się z dwóch etapów - pierwszy z nich miał charakter interwałowy: zawodnicy startowali co 3 minuty. Z kolei drugi etap miał charakter biegu pościgowego - w zależności od straty do zwycięzcy I etapu. 

Mapa Etapu 1 (start interwałowy)

Mapa Etapu 2 - bieg pościgowy
    Pierwsze 10 punktów kontrolnych zdobyte jak po maśle - dogoniłem bezpośrednich konkurentów i na widoku miałem M. Hoffmana (w okolicach 5 punktu, który startował 12 min wcześniej niż ja). 

    Niestety przewaga został kompletnie zniwelowana w PK 11 i 12 i spadłem na 4 miejsce, choć było blisko spadku na 5 miejsce. Kompletny brak koncentracji przy PK11 - niezliczona liczba charakterystycznych drzew i dwie górki oraz jakiś owad utknięty w moim przełyku zrobiły swoje. Kompletnie wypadłem z rytmu biegowego. Do dziś zachodzę w głowę - dlaczego tak łatwo dałem się wyprowadzić z równowagi :)
     Przedstawienie musi jednak trwać, bowiem te dość duże straty można jeszcze odrobić. Przy PK13 zdołałem zmniejszyć stratę, zaś przy PK15 traciłem już niewiele do Pawła B. i Mateusza H. W konsekwencji straciłem tylko 1:05 do lidera I etapu, czyli Pawła B., zaś do Mateusza H. straciłem tylko 14 sekund. Żałuję, że tak łatwo dałem się wyprowadzić z równowagi w PK11 i PK12 - miałbym niezłą zaliczkę do biegu pościgowego.

    O ile w I etapie momentami nieaktualna mapa nie odegrała istotnego znaczenia, to niestety w etapie II odegrała istotną rolę. Przy czym każdy z zawodników miał równe warunki, choć nie ukrywam, że uciekinierzy mieli ogromny problem ze zdobyciem PK1, który niestety był bardzo trudny do zdobycia - tam wszystko było zarośnięte i nic tam nie było jednoznaczne. Próbowałem zdobyć punkt od południa - okazało się, że tam nie było nawet bagna, lecz po prostu połączone ze sobą jeziora. Myślami byłem przy rezygnacji z tego etapu - zobaczyłem jednak żwawo biegnącego Przemka G. i Jana P. - gdzieś musi tam być punkt. Nie ukrywam, że nie lubię tak losowych punktów. Niemniej jednak postanowiłem podjąć walkę....
    PK2 zdobyty dość niepewnie, ale nie na tyle by zrezygnować. Niestety PK3 dobił mnie kompletnie - po drodze podbiłem PK3 i PK5 z pierwszego etapu. Byłem wręcz załamany, ale to nie wszystko. W okolicach PK3 wszystko było podobne i do tego kilka konarów drzew. Okazało się, że nie tylko ja tam miałem problem - lecz również Paweł B. i Jan P. - znalazłem w końcu ten punkt, zaś konkurenci skorzystali z tej okazji. W ten sposób razem biegliśmy do PK4 - okazało się, że nie biegliśmy dokładnie na północ i po kilkuminutowych poszukiwaniach - razem podbiliśmy PK9 z etapu I, zamiast PK4. 
   Walczę jednak dalej, bo było o co walczyć... Czułem jednak, że limit pecha musi się skończyć i na szczęście z kolejnymi punktami nie było problemów. Przewaga Przemka i Mateusza była już duża... 
    Nie była jednak tak duża, by ich nie dogonić. PK9-PK11 znów okazały się killerami, choć zdobycie PK11 było w zbyt dużej mierze uzależnione od szczęścia. Zdołałem jednak uzyskać przewagę wobec Przemka, Jana i Pawła. 
     Czułem, że wysiadam z sił - w przerwie między etapem I i II nic nie zjadłem, jak też nie wypiłem izotonika - co zemściło się w trakcie dobiegu do PK12. Złapał mnie skurcz łydki i nie byłem w stanie już nawiązać walki z Przemkiem oraz Błażejem. Odpuściłem już... Za dużo było losowych punktów kontrolnych - kończyło się na czesaniu lasu.
    W dobiegu do PK13 widać już, że wysiadłem i nie nawiązałem walki z Przemkiem i Błażejem. Konkurenci zbliżali się do Mateusza, który po zdobyciu PK13 pobiegł na metę po nową mapę... Tak więc walka o zwycięstwo była do końca - w tym kontekście pomysł biegu pościgowego okazał się bardzo dobry :)

   Niestety okolice PK13 zmyliły mnie - bowiem punkt stał przy przepuście, a nie "skalistym" dołku czy w gąszczu kamieni. Czesanie lasu czekało mnie i podobnie, jak w PK14...


    Wykończony wpadłem na metę jako trzeci zawodnik, lecz ostatnie zająłem czwarte miejsce. II etap okazał się zbyt losowy dla mnie, co spowodowało, że każdy miał szansę na zwycięstwo. Niemniej jednak pomysł biegu pościgowego - godny pochwały, jak również budowa etapu I. Z drugiego etapu jestem nieco mniej zadowolony z powodu niezbyt dokładnej mapy, choć jeszcze raz podkreślam - warunki dla wszystkich zawodników były równe. Trzeba było po prostu utrzymać koncentrację do końca :)
Seba tuż przy mecie 

Więcej info o zawodach
Analiza przebiegów z BnO (pierwszej piątki)
Przebiegi w 3DRerun

Wyniki oficjalne:
1. Przemysław Gładysiak 2:32:13
2. Mateusz Hoffmann 2:46:18
3. Paweł Błażejewski 2:46:59 (w tym 15 min kary)
4. Seba Wojciech 2:57:03 (w tym 15 min kary)
5. Jan Parzybut 3:11:11 (w tym 15 min kary)
6. Katarzyna Wojciechowska 4:53:55 (w tym 2h kary)
7. Jarosław Wojciechowski 4:53:55 (w tym 2 h kary)
8. Magdalena Brukwińska 5:52:20 (w tym 3h 45 min kary)
9. Magdalena Mazur 5:52:20  (w tym 3h 45 min kary)

wtorek, 30 maja 2017

Rajd Liczyrzepy - Kuraszków (20 V 2017)


   Kolejna - wiosenna edycja - rajdu Liczyrzepy organizowana przez KS "Artemis" odbyła się w Kuraszkowie (niedaleko Obornik Śląskich). Ostatnio gdzieś w okolicach Obornik Śląskich byłem ponad 20 lat temu na jakiś mistrzostwach Dolnego Śląska w BnO.
    Dojazd do bazy - praktycznie do końca drogą ekspresową, zaś w bazie zawodów byliśmy ponad 30 minut wcześniej niż planowaliśmy :) Baza zawodów była ulokowana w Młodzieżowym Schronisku Szkolnym w Kuraszkowie - było dość kameralnie, bowiem najdłuższe kategorie były już w trasie.
Wybrałem na ten rajd wraz z małżonką na wspólne napieranie przy przyjemnej pogodzie (dość chłodnej w odniesieniu do piątku czy niedzieli), co sprawiło, że wytrzymała cały rajd z przyjemnym dla nas tempie.
Baza zawodów - Kuraszków
    Na odprawie technicznej dowiadujemy się, że część punktów kontrolnych będzie do zdobycia na mapach do BnO oraz RJnO - zgodnie z moimi oczekiwaniami i chyba orgowie wzięli pod uwagę moje "żale" z zimowej edycji rajdu Liczyrzepy :). Trasa była znacznie łatwiejsza i mniej wymagająca niż zimą, bo i dodatkowe mapy zrobiły różnicę. 5,5 h przebyte na rajdzie były bardzo przyjemne zarówno dla mnie, jak i Monisi. W końcu do zdobycia były 24 PK - nudy więc nie było. 
Odprawa techniczna TP25
    Wybraliśmy wariant począwszy od południa, co zaowocowało wspinaczką po punkt położony na samym dole mapy, by po chwili przejść do etapu BnO na terenie leśnym ulokowanym w północno-wschodniej części Obornik Śląskich. Biegaczy z TP25 na trasie w ogóle nie widzieliśmy, bowiem rywalizowaliśmy z piechurami (a w zasadzie, to Monika miała o co walczyć). Co prawda nie z J. Puternicką, lecz drugie miejsce dla mojej małżonki wśród kobiet było całkiem w zasięgu obierając spokojne tempo marszu. Zresztą rywalizację z innymi odłożyliśmy na dalszy plan - najważniejsze dla nas było obranie takiego tempa marszu, by słabsza kondycyjnie połówka wytrzymała trudy rajdu. 
Mapa TP25
   Okazało się, że pikanterii na trasie dodali "Penetratorzy" (tj. A. Gałecka, P. Spernol), bowiem bardzo często ich widywaliśmy. Dla nich to był dopiero trzeci udział w rajdzie i mieli niemałe problemy z nawigacją :) Dzięki temu - mieliśmy motywację, zaś Monisia nie myślała o zmęczeniu, lecz o tym, by pokonać Penetratorów, którzy bodajże w trzech punktach konkretnie czesali las wzdłuż i wszerz. Ale po kolei....
Punkt kontrolny w rajdzie Liczyrzepy
    Pierwszy punkt 61 ulokowany na górce (niby na łące). Widać dookoła pola - można było się domyślić, że punkt będzie na zalesionej górce. I już mamy przewagę wobec Penetratorów i innych piechurów, zaś pierwszą okazją na wyrobienie nieco większej przewagi stanowił etap BnO w ok. Obornik Śląskich. Troszkę weszliśmy w ich ambicje, bowiem ciągle ich doganialiśmy - maszerując :) Rajdy na orientację - jak już nieraz wspominałem - mają to do siebie, że nawigacją można sporo ugrać. Mapa do BnO była średnio aktualna, choć stałe punkty kontrolne były tam gdzie powinny. Małe problemy mieliśmy z PK31 (ledwo widoczny dołek na mapie, zaś w terenie nie było już gęstego lasu - napewno już nie długi na ok. 100 metrów). Przy punkcie 33 widzimy Penetratorów w poszukiwaniu kleszczy :) i gra zaczyna się od nowa :) Przy punkcie 34 na dość długi czas ich zgubiliśmy, bowiem dół znajdował się w lesie. Konkurencja poszukiwała tegoż punktu w dopiero co zasianym terenie półtowartym (po świeżym wyrębie raczej nie znajdą dołka z punktem kontrolnym). 
    Dość wyszukany wariant z PK34 do PK78 sprawił, że dość szybko zdobyliśmy kolejne trzy punkty (tj. PK51, PK37, PK38). Mogłem na spokojnie delektować się lasem (tego mi brak w trakcie biegania na orientację na dystansie 50 km), no i zagadywać Monisię - na TP50 jestem milczkiem w przeciwieństwie na pieszej TP25. Przy PK38 złapał nas rajdowy fotograf i uwiecznił nam pamiątkowe zdjęcie :)
Gdzieś w dziczy :)
   Kolejne punkty zdobywamy jak po maśle, zaś przy PK50 robimy przerwę widząc duże oznaki zmęczenia Moniki (na około 10 min). Rywalizacja odeszła w dalszy plan, choć czułem, że jeszcze zobaczymy Penetratorów. Wystarczy wziąć odważny wariant przebiegu z PK50-PK66 do PK8. Z PK50 do PK66 mając świetny kompas - przedzieramy przez niezbyt gęsto zarośnięty las - oszczędzając dobre 10 minut i w połowie PK8 widzimy Penetratorów. Musieli być strasznie załamani widząc nas, bo dość szybko nam uciekli :). Monika na nowo odżyła się do maszerowania, zaś mi nie pozostało nic innego jak sprawnie zdobyć najtrudniejszy PK8 - ruiny mauzoleum ulokowany w głębi lasu. To mi się udało w przeciwieństwie do Penetratorów, którzy dogonili nas dopiero przy PK63 (szkoda, że tam nie zdołaliśmy ich zgubić - za bardzo jesteś widoczny w tej pomarańczowej koszulce -rzekła Monisia). 
Stała trasa do ściągniecia nawet na smartfonie
   Końcówka rajdu bez historii, bowiem na spokojnie zmierzaliśmy się do mety z przyjemnym czasem 5,5 h zajmując miejsce w połowie stawki. Monisia zajęła 2 miejsce wśród dziewięciu kobiet - dekorowana była tylko jedna kobieta - a więc rywalizację miała cięższą niż na trasie TR100 (pod względem liczby uczestników). 
     Podsumowując - rajd przyjemny, niezbyt pagórkowaty, choć w trzech momentach musieliśmy wspinać się na górki. Po ostatni punkt biegłem i zgubiłem Monisię, która postanowiła pójść na metę zamiast poczekać w umówionym miejscu :) Dopiero po 10 min odnalazłem ją - to nawet widać po poniższej statystyce. Też czesałem las w poszukiwaniu mojej małżonki.. 
Statystyka z naszego "chodu" na TP25
    To tyle z mojej odnośnie rajdu Liczyrzepy i dodam, że udział w zespole zawsze robi różnicę - przede wszystkim w aspekcie motywacji do dalszego napierania. 

Podsumowanie:
TP25, 24 punkty kontrolne (przemaszerowane 23,4 km)
Czas: 5h 33 min
Miejsce: 14/29 (Monika 2/9 wśród kobiet)

Wyniki
1. Kornel Jaskuła 2:11
2. Kuba Molski 2:27
3. Kostiantyn Kirakosov 2:28
4. Piotr Bąk 2:36
5. Jacek Wieszczaczewski 3:32
5. Joanna Puternicka 3:32
...
14. Monika Wojciech 5:33
14. Sebastian Wojciech 5:33
...
29. Łukasz Koziel NKL